Jedną z wielkich łask, jakie Bóg ci wyświadcza, jest częste wrażenie, że w swej duszy przeżywasz w nagiej wierze najświętszą Mękę Jezusa. Bądź wiec posłuszny Najwyższemu Boskiemu Mistrzowi i korzystaj z Jego najświętszych nauk.
św. Paweł od Krzyża
Jest to postać mało dziś znana poza kręgiem znawców duchowości XVIII w. Wśród tej kategorii teologów zyskał sobie jednak sławę największego mistyka swojego stulecia. Współcześni znali go natomiast jako niezmordowanego misjonarza, człowieka czynu i troskliwego, mądrego kierownika duchowego.
Pochodził z północno-zachodnich Włoch, urodził się w miasteczku Ovada koło Genui, w roku 1694. Był pierwszym dzieckiem sklepikarza Łukasza i Anny Marii z domu Massari. Interesy rodzinne nie układały się dobrze i Paweł od dzieciństwa musiał pomagać swemu ojcu. Okazało się zresztą, że miał talent do tego typu pracy. Chłopak był spokojny, samodzielny, pobożny. Rodzina mogła więc pokładać ufność w jego staraniach i talentach. Nikt w domu nie wyobrażał sobie życia bez Pawła. Jego jednak ciągnęło do rzeczy większych i donioślejszych. Najpierw, jako 19-letni młodzieniec, zaciągnął się do armii weneckiej, która miała bić się z Turkami zagrażającymi chrześcijańskiej Europie. Myślał, że jako krzyżowiec odda swe życie Bogu. Ale szybko odkrył, że nie była to jego droga. Postępowanie "chrześcijańskiej" armii miało niewiele wspólnego z obroną ideałów religijnych, o wiele zaś więcej ze zwykłą wojaczką. Uciekł z obozu szkoleniowego dla żołnierzy z nowego zaciągu. Prawdopodobnie nie mógł wrócić do domu, bo bał się, że szukają go jako dezertera. Istnieją przypuszczenia, że podróżował wtedy na Bliski Wschód jako marynarz. Po prawie dwóch latach wrócił jednak i dalej pracował z ojcem. Wuj, ksiądz kanonik Jan Krzysztof Danei, postanowił go ożenić. Zapisał mu prawie cały swój pokaźny majątek, ale pod warunkiem, że Paweł znajdzie sobie żonę. Niezwykłe pragnienia nie dawały mu mimo wszystko spokoju. Szukał sobie miejsca w stowarzyszeniach religijnych, w których mógł spełniać swą posługę jako świecki katolik i wzrastać duchowo. To jednak nie dawało mu możliwości oddania całego serca Bogu. Oficjalnie zrzekł się więc spadku po ks. Janie Krzysztofie, zachowując sobie z całego majątku tylko brewiarz. Za tym radykalnym wyborem poszedł następny.
Na nowej drodze.
W listopadzie 1720 r., mając prawie 26 lat, otrzymał od biskupa swej rodzinnej diecezji strój pokutny, podobny do zakonnego, i zaczął pisać regułę dla zakonu, który zamierzał założyć. Chciał, aby ten zakon był wspólnotą ludzi, którym przyświeca tylko jeden cel: oddać wszystko Bogu i żyć w całkowitym ubóstwie. Do zrealizowania tych marzeń było jeszcze daleko. Stolica Święta nie zaaprobowała jego reguły zakonnej. Paweł został potraktowany na Lateranie, w ówczesnej siedzibie papieży, jak pospolity włóczęga. Trudno się temu dziwić. Drogę z Castellazzo do Rzymu przebył boso i bez ciepłej odzieży. Pokrwawione nogi, zwichrzone włosy, ślady zmęczenia i nędzny, dziwaczny strój nie budziły zaufania papieskich kamerdynerów. Ponadto reguła napisana przez Pawła była bardzo surowa, nie zawierała natomiast pewnych elementów, które są konieczne w tego typu dokumentach prawniczych. Przy okazji zdarzyły się jednak dwie ważne rzeczy. Najpierw po drodze, której część Paweł odbył statkiem żeglugi przybrzeżnej, zobaczył miejsce, do którego miał wracać wiele razy: Monte Argentario. Ta lesista góra zdawała się wyrastać z morza. Spokój, samotność, jakie zdawały się na niej panować, obudziły tęsknotę Pawła do życia pustelniczego. Natomiast już po nieudanej wizycie w pałacu papieskim, Paweł złożył w bazylice Santa Maria Maggiore ślub, że do końca życia będzie starał się ożywiać w sercach i umysłach ludzi pamięć o Męce Jezusa Chrystusa. Powrócił więc do Castellazzo z jasno wytyczonym celem. Do jego pełnej realizacji droga wydawała się jednak ciągle daleka. Zaczęło się od wyjazdu z domu. Dnia 22 lutego 1722 r. Paweł i jego brat, Jan Chrzciciel, udali się w drogę na Monte Argentario. Ich entuzjazmu nie podzielała ani rodzina, ani biskup, który miał nadzieję, że dwaj bracia będą żyć i pracować na terenie jego diecezji. Dając im listy polecające na podróż, nie taił swego sceptycyzmu. Pobyt w pustelni nie trwał też zbyt długo. Jeśli bracia chcieli, aby dołączyli do nich inni, musieli iść między ludzi. Po roku wyjechali więc na południe Państwa Kościelnego, do diecezji Gaeta. Paweł wygłosił tam rekolekcje dla seminarzystów, choć nie był ani kapłanem, ani formalnie nie należał do żadnego zakonu. Bracia Danei powrócili więc na Monte Argentario i zastali tam małą grupkę pustelników. Paweł stał się jej przywódcą, a reguły przez niego napisane przyjęto jako zasadę życia. Nadzieja na założenie zgromadzenia wkrótce upadła z powodu niestałości powołań towarzyszy, a Paweł z bratem przemieszczali się po całym Półwyspie Apenińskim w poszukiwaniu nowej kolebki zakonu. Wreszcie wiosną 1725 r. bracia zawędrowali do Rzymu. Pobyt ten okazał się błogosławieństwem. Spotkali bowiem w Rzymie ludzi, którzy pomogli im udoskonalić regułę, co zbliżyło upragniony moment powstania zgromadzenia upamiętniającego Mękę Jezusa. Już 25 maja Paweł, w rozmowie z papieżem Benedyktem XIII, otrzymał zezwolenie na tworzenie wspólnoty. Przy okazji znaleźli możliwość zatrzymania się w Wiecznym Mieście na dłużej. Mieli tam pracować w nowo otwartym szpitalu San Gallicano na Zatybrzu. Praca ta była szczególnie trudna dla nich, kochających ciszę i modlitwę. Tu musieli przebywać ciągle w tłumie ludzi i większość dnia przeznaczać na posługę przy chorych. Poza tym mogli, korzystając z przerw w pracy, uzupełnić swoje wykształcenie i przygotować się do przyjęcia święceń kapłańskich. Święcenia kapłańskie przyjęli w bazylice św. Piotra na Watykanie 7 czerwca 1727 r. Na początku marca następnego roku bracia powrócili na ukochaną górę, do samotni. Od 1730 r. zaczęli głoszenie misji ludowych w okolicznych miejscowościach. Sprawiło to, że ich życie i postawa stały się nieco szerzej znane. Przybywali więc ludzie chcący podzielić ich charyzmat i stworzyć wspólnotę zakonną. Już w 1733 zaczęła się budowa klasztoru. Przerwała ją wojna (1733-1735). Paweł nawet w tym czasie wykonywał intensywnie swą misjonarską posługę. Nie pomijał też walczących wojsk. Miał dobre kontakty z obydwiema stronami konfliktu. Wykorzystał je między innymi, by nie dopuścić do działań, które mogły spowodować duże ofiary w ludziach i wielkie cierpienia okolicznej ludności. W dniu 14 września 1737 dokonano konsekracji kościoła przy klasztorze na Monte Argentario.
Apostoł
Rok później Paweł otrzymał uprawnienia identyczne jak kaznodzieje papiescy. Było to dla niego ogromne wyróżnienie i wyraz uznania jego wielkiej pracy misjonarskiej. Najważniejszym wydarzeniem było jednak zatwierdzenia reguły zakonnej i pierwsze śluby zakonne, które Paweł, Jan Chrzciciel i czterech innych towarzyszy ze wspólnoty na Monte Argentario, złożyli 11 czerwca 1741 r. Paweł przyjął przydomek "od Krzyża". W tym czasie niepewności i borykania się z piętrzącymi się trudnościami Paweł wiele wycierpiał. Nękało go poczucie, że to co robi, jest zupełnie bezużyteczne, że traci najlepsze lata swego życia na gonienie za wiatrem. Ale Paweł modlił się i szedł dalej za głosem, który słyszał w swoim sercu. Po uzyskaniu akceptacji papieża zazdrość innych o mało nie doprowadziła do upadku jego dzieła. To też kosztowało go wiele łez. Nie uciekał jednak przed cierpieniem, nie szukał łatwego sukcesu. Był świetnym mówcą poruszającym tłumy. Każdy zakon byłby dumny z takiego kaznodziei i misjonarza. Nie musiał przeżywać lęków, rozterek, jakie niosło ze sobą założenie nowego zakonu. Byłby może nawet bardziej znany dzisiaj jako święty rodziny franciszkańskiej, z którą sympatyzował, czy jako karmelita (bo u tych zakonników pobierał pierwsze nauki). Poszedł ciernistą drogą wyjątkowego powołania, którym Bóg go obdarzył. Na tej drodze dojrzał do zrozumienia, ze Męka Jezusa Chrystusa to największe i najbardziej zachwycające dzieło Bożej miłości. Zrozumiał też chyba, że cierpienie (czasem nawet bezowocne w doczesnej perspektywie) jest najważniejszą częścią naszego życia, bo to nim mierzymy wierność Bogu i własnemu sumieniu. Nie szukał sukcesu, nie patrzył na efekty, nie liczył, gdzie jego działanie przyniesie większy owoc. Interesowało go tylko, czy robi właśnie to, czego chce od niego Bóg.
Coraz bliżej Boga.
Głębokie życie w bliskości Boga i miłość, nakazująca przez całe życie pełnić Jego najświętszą wolę, uczyniły z Pawła od Krzyża wielkiego eksperta jeśli chodzi o problemy duchowe. Rady i umocnienia w wierze szukały u niego mniszki klauzurowe i ważne osobistości z życia politycznego ówczesnej Italii. Spowiadali się u niego biskupi i kardynałowie, ale miłosierne słowo znajdował też dla najprostszych mieszkańców małych miejscowości, wieśniaków, a nawet przestępców chcących porzucić złą drogę. Tę cichą misję Pawła od Krzyża możemy poznać dzięki wielkiej ilości zachowanych listów. Ich adresaci przechowywali je jak skarb, bowiem przez wiele lat były one głosem mądrego nauczyciela, pomagającym w trudnych sytuacjach. Swe oryginalne refleksje na temat życia zakonnego zapisał też w małej książeczce "Traktacik o śmierci mistycznej". Pracowite życie Pawła dobiegło końca 18 października 1775 r. Złożony chorobą, wyczerpany, mieszkał w Rzymie, na parterze klasztoru, który sąsiadował z bazyliką św.św. Jana i Pawła, męczenników. Paweł przeżywał przed śmiercią bardzo intensywne doświadczenia mistyczne. Jego pełne cierpień, także wewnętrznych, życie znalazło pogodny epilog. Zostawił po sobie testament, który stara się wypełnić jego duchowa Rodzina.
Włoch, kleryk, patron młodzieży zakonnej, jeden z najbardziej znanych świętych na Półwyspie Apenińskim.
Św. Gabriel od Matki Bożej Bolesnej (1838-1862) Są ludzie, którzy rodzą się, by odnieść życiowy sukces. Choćby nic nie robili, niczym szczególnym się ni wyróżniali, to w momencie ich życiowego startu znaleźli się tak wysoko, że ich życie musi być pasmem jasnych chwil. Tak było chyba z Franciszkiem Possenti, synem wysokiego urzędnika administracji Państwa Kościelnego. Urodził się 1 marca 1838 r. w jednym z najokazalszych gmachów Asyżu, ponieważ ojciec był wtedy gubernatorem tej prowincji. Był błyskotliwy i miły, gdy trzeba - pracował, a gdy mógł - umiał się bawić. Lubił taniec i teatr. Poważna atmosfera domu kładła się pewnym cieniem na jego usposobieniu. Wcześnie zabrakło mu matki, która zmarła, gdy miał niespełna 4 lata. Ojciec pozostał wdowcem i choć całe swoje życie po zgonie małżonki poświęcił wychowaniu dzieci, to nie zdołał napełnić domu ciepłem, które może wnieść tylko kochająca matka. Ten brak ciepła może sprawiał, że Franciszek, dość żywiołowy i radosny z natury, cechował się poważną pobożnością, w której wiele miejsca zajmowała osoba Matki Bożej. Gdy skończył szkołę średnią prowadzoną przez jezuitów, nie zdziwiłoby nikogo, gdyby chciał wstąpić o tego czcigodnego i zasłużonego dla Kościoła zakonu. Tak jak nikt nie zdziwiłby się, gdyby wybrał życie podobne do pracowitej służby Kościołowi, jakiej oddawał się jego ojciec w życiu świeckim. On jednak uparł się, by wstąpić do Pasjonistów, których nie znał zbyt dobrze ani on, ani jego ojciec. Ten ostatni nie chciał dopuścić do tego, żeby syn podjął pochopną decyzję, z której musiałby się potem wycofać. Wychowywał swe dzieci do tego, by wywiązywały się z raz przyjętych zadań. Przez rok trwały zmagania między ojcem a synem. Ostatecznie zwyciężył młodszy, ale bardziej uparty. Dnia 21 listopada 1856 r. rozpoczął nowicjat zakonny w Morrovalle.
Dla chłopca z dobrej rodziny proste życie klasztorne musiało stanowić dość dużą nowość. Przyzwyczajony do służby zatroskanej o każdy jego krok, tutaj sam musiał nauczyć się służyć i starć o to, by przyjmować z posłuszeństwem polecenia, a nie je wydawać, jak to dotychczas czynił. Syn gubernatora i prości chłopcy z górskich wiosek Abruzzo dzielili to samo życie i tak samo byli traktowani przez zakonne środowisko. Nie wydaje się, by Gabriel (to było jego nowe, zakonne imię) cierpiał szczególnie z tego powodu. W listach do rodziny pisze raczej o spokoju, jaki odnalazł w klasztorze. Cierpiał natomiast z powodu własnej niedoskonałości. Podejmował heroiczne akty wyrzeczenia i pokuty, stawiał sobie bardzo wysokie wymagania, bo chciał, żeby jego życie zakonne było doskonałe. Oceniano jego postawę bardzo wysoko, ale on nie był z siebie nigdy zadowolony. Chciał czynić tylko dobro, całego siebie oddać Bogu. Najgoręcej chciał kochać Matkę Bożą Bolesną, którą wziął sobie za patronkę. Nie był zadowolony z tej miłości. Wydawało mu się, ze kocha jeszcze nie tak bardzo, jakby chciał. Przygotowywał się do święceń kapłańskich. Pragnął zostać księdzem, bo wtedy ta jego miłość zyskałaby nowe możliwości wyrazu. Warunki zewnętrzne odwlekają ten upragniony moment. Niepokoje społeczne sprawiły, że tok przygotowań został zakłócony. Ponadto zapadł na zdrowiu. Nie widać jednak u niego oznak zniecierpliwienia. Tylko własna niedoskonałość i grzechy sprawiały, że cierpiał. Choroba okazała się bardzo poważna. Była to nieuleczalna wówczas gruźlica. Zmarł 27 lutego 1862 r. Zmarł spokojnie. Niczego nie osiągnął. Nic wielkiego nie zrobił. A mógł zajść tak daleko. Nie żałował jednak niczego ze swego życia. Bolało go tylko to, że nie kochał tak bardzo, jak by chciał. To cierpienie serca ciągle głodnego miłości sprawiło, że na jego grobie w zapomnianym górskim klasztorze w Isola del Gran Sasso wyrosło ogromne sanktuarium odwiedzane corocznie przez setki tysięcy pielgrzymów.
O Gabrielu bledziutki,
z bolesnym w ręku obrazkiem;
jesteś mi cały - gdy kocham -
Szczęśliwym wynalazkiem.
- ks. Jan Twardowski
Włoch, kapłan, zwany apostołem zjednoczenia, prawie całe swoje życie poświecił, pracujac w Anglii nad nawróceniem braci odłączonych: przyją na łono Koscioła J.H. Newmana.
Na wsi pod Viterbo, miastem, którego czas minął w średniowieczu, urodził się Dominik Barberi. Było to pod koniec XVIII w., dokładnie w 1792 r. Biedna rodzina wiejska nie mogła mu zapewnić dobrego wykształcenia. Niespokojne czasy, gdyż Włochy pustoszone były przez wojska rewolucyjnej Francji, także nie sprzyjały rozwojowi dziecka. Śmierć ojca sprawiła, że pięcioletni Dominik musiał wcześnie wziąć na siebie swoją część odpowiedzialności za utrzymanie rodziny. W 1803 r. zmarła jego matka. Miał więc 11 lat, gdy został wiejskim sierotą. Nic nie wskazywało na to, że życie tego chłopca będzie kiedykolwiek przekroczy horyzont pól wokół Viterbo. Była w nim ciekawość świata. Szybko nauczył się czytać i czytał wszystko, co nawinęło mu się pod rękę, ale nie była to literatura najwyższych lotów ani też nie wywierała szczególnie pozytywnego wpływu na dziecko. Przeżył więc dość ostro młodzieńczy kryzys wiary. "Zdawało mi się, ze pobożność jest oznaką nikczemności, że tylko ci mogli uważać się za godnych szacunku, którzy przy pomocy oręża lub dzieł literackich zachwycili świat. Miałem raczej złe zdanie o religii chrześcijańskiej, a nawet zdawało mi się, że świat stał się gorszy, po tym jak stał się chrześcijański. Przeklinałem cesarza Konstantyna, że sprawił, iż Rzymianie przyjęli religię [chrześcijańską]". Tak napisał w swej autobiografii wiele lat później. Okupacja napoleońska (1808-1809) sprawiła, że zetknął się z zakonnikami Pasjonistami, którzy musieli opuścić klasztor w Sant'Angelo di Vetrala i zamieszkali w pobliżu. Dominik nawiązał z nimi kontakt i chętnie korzystał z ich biblioteki. Tak zaczął zmieniać się jego stosunek do religii. Nic nie wskazywało jednak na to, by miał tym sprawom poświęcić w swym życiu wiele czasu. Zakochał się w dziewczynie z sąsiedztwa i wiele wskazywał na to, że zawrze z nią małżeństwo. W 1813 dość niespodziewanie nawet dla siebie powrócił do swych nauczycieli - zakonników. Został zakonnikiem. Braki w wykształceniu przemawiały za tym, żeby został bratem zakonnym. Starał się jednak ciągle czytać. Zaczął na poważnie studiować Pismo święte. Nie było to dla niego łatwe. "Jakkolwiek starałem się o nie [rozumienie Pisma świętego], nie udawało mi się to, dopóki sam Bóg nie otworzył mi myśli specjalnym światłem. Tak nauczyłem się czytać z prostotą i oczekiwać tylko od Boga zrozumienia go [Pisma świętego]". Przełożeni zaczęli go zachęcać do podjęcia studiów przygotowujących do kapłaństwa. Zdobywanie wiedzy przychodziło mu łatwo. Z drugiej zaś strony, doświadczał bardzo intensywnej bliskości Boga. Jego studia łączyły się z żywą pobożnością przechodzącą w mistycyzm. Osiągnął poziom wiedzy, który nie tylko wystarczał do otrzymania święceń, ale pozwalał mu także podjąć obowiązki nauczyciela studentów czyli lektora. Był szczególnie zainteresowany dwiema dziedzinami wiedzy: filozofią św. Tomasza z Akwinu i Pismem świętym. Pisał na tematy z obydwu tych dziedzin. Powierzano mu kierowanie wspólnotą domu zakonnego i prowincji rzymskiej Zgromadzenia. W jego sercu jednak ciągle żywa była potrzeba podjęcia misji, o której marzył św. Paweł od Krzyża, założyciel Pasjonistów. Był to misja do Anglii, gdzie chciał przypomnieć wiarą katolicką. Marzenie to spełniało się powoli. Przez Francję, Belgię dotarł do ziemi swych marzeń. Tan nawiązał kontakt z elitą intelektualną o prokatolickich sympatiach (oxfordczycy). Najbardziej nzanego z tego środowiska, prof. J.H. Newmana, późniejszego kardynała, doprowadził do złożenia wyznania wiary w Kościele katolickim.
Nie zatrzymywał się nigdy w życiu. Nie stawiał ograniczeń Bożej Opatrzności. Bóg prowadził go przez coraz to nowe rejony myśli ludzkiej, nowe zadania życiowe, nowe kraje. Pozwalał się prowadzić bez względu na to, jak wiele trudu kosztowała go ta wędrówka. Cierpiał i przez to cierpienie wzrastał.
Wola Boża stanowi jedyną, wyłączną regułę, do której powinniśmy się stosować. Będziemy doskonali w tej mierze, w jakiej będziemy z tą Wolą zgodni. Ten kto czyni wszystko, czego Bóg od niego żąda, jest bezwzględnie człowiekiem doskonałym według Serca Bożego.
Hiszpanie, 15 kleryków w wieku od 18 do 21 lat przygotowujacych sie do pracy w Ameryce Łacińskiej, 7 kapłanów i 4 braci; wszyscy stali się ofiarami prześladowań religijnych w Hiszpani. Zgineli za wierność swojemu powołaniu zakonnemu.
Bł. Nicefor Diez Tejerina (1893-1936) i towarzysze W 1931 r. Do władzy w Hiszpanii doszedł republikański rząd, będący pod silnym wpływem Rewolucji październikowej. W wyniku reakcji przeciw tym rządom wybuchła wojna domowa, co pociągnęło za sobą wiele ofiar, także wśród osób duchownych. Wspólnota pasjonistów z Daimiel stała się także ofiarą tych prześladowań. Zakonnicy nie angażowali się po żadnej stronie, ale zostali wciągnięci w wir prześladowań religijnych.
Kościół hiszpański był we wspomnianym okresie przedmiotem represji podejmowanych często spontanicznie, pod wpływem nastroju chwili. Dotykały one często ludzi niezaangażowanych w politykę. Bez pytania, po której są stronie, aktywni chrześcijanie byli uważani za wrogów postępu i demokracji. Ich usunięcie ze społeczeństwa traktowana jako symbol wyzwolenia się z ograniczeń ustroju, który sankcjonował niesprawiedliwość. Wśród ofiar hiszpańskiej wojny domowej nie zabrakło Pasjonistów. Byli wszyscy członkami wspólnoty w Daimiel (Aragonia). Klasztor ten, założony 1907 r., pełnił w latach trzydziestych funkcję domu studiów, dlatego jego mieszkańcami byli w większości ludzie młodzi, studiujący teologię. Z natury rzeczy byli apolityczni. W tym czasie zabraniano bowiem seminarzystom nawet czytania prasy. Tym dziwniejsze jest, ze wspólnota Pasjonistów znajdowała się w kręgu zainteresowania rewolucjonistów, o czym świadczy przeprowadzona w marcu 1936 r. rewizja w poszukiwaniu broni. Stąd wzięły się poważne obawy o los mieszkańców klasztoru. Na początku lipca do domu zakonnego zamieszkałego przez studentów przybył prowincjał, O. Nicefor. W liście z 15 lipca pisał: "Tu w Daimiel wszyscy czują się dobrze, ale są tak przerażeni, że nie mogą ze strachu spać". Sytuacja stała się jeszcze trudniejsza po 18 lipca (początek zbrojnej fazy konfliktu). Groza narastała. W nocy z 20 na 21 nikt już nie spał. Prowincjał wygłosił do zakonników przemówienie, w którym zachęcał do zawierzenia swego losu Bogu i do zachowania spokoju. Nad ranem miała miejsce kolejna rewizja. Cały dzień wspólnota spędziła na modlitwie. Ok. 23.30 pojawili się w klasztorze członkowie zbrojnych bojówek rewolucyjnych (milicianos) z nakazem opuszczenia budynku przez zakonników w ciągu pół godziny. Cała wspólnota przystąpiła do komunii. Prowincjał wygłosił przemówienie, w którym nie krył, że niebezpieczeństwo śmierci jest bardzo blisko. "Niedługo będziemy z Chrystusem" - powiedział wprost. Nad ranem, pod konwojem kilkuset uzbrojonych milicianos zostali wyprowadzeni z miasta i otrzymali zakaz powrotu do Daimiel. Wspólnota podzieliła się. Każdy otrzymał świeckie ubranie i 25 peset. Większość z nich jednak kontynuowała podróż w habitach zakonnych. Zginęło 26 z nich. Zamordowano ich w różnych miejscach. Czasem dla zabawy, "bawiąc się" w korridę, czasem z wykalkulowanej nienawiści do wszystkiego, co miało związek z religią. Nie pozwalano opatrywać rannych, karano każdy gest życzliwości wobec zakonników. Mieli przed śmiercią doświadczyć lęku i opuszczenia, czuć się jak zwierzęta w pułapce.
Spotkała ich śmierć okrutna i bezsensowna za to że byli zakonnikami. Nie chcieli jednak uchylić się przed ciosami bezwzględnej głupoty prześladowców. Tylko tak mogli dać świadectwo czym naprawdę jest religia, kim jest Bóg.
Dnia 1 października 1989 roku Jan Paweł II dokonał beatyfikacji 26 pasjonistów z klasztoru w Daimiel.
Obywatele Kalwarii, oto przyszło nasze Getsemani! Nasza natura ludzka w słabej swej części ugina się i lęka w perspektywie Kalwarii. Tak jak człowieczeństwo Jezusa, jest przerażona i powalona. Lecz Jezus Chrystus jest z nami. Daję wam tego, który jest siłą słabych. Anioł umacniał Jezusa. Nas zaś podtrzymuje sam Jezus. (...)Obywatele Kalwarii, odwagi ! Trzeba nam, umrzeć za Chrystusa.
Słowa o. Nicefora skierowane do współbraci przed przyjęciem wiatyku
Św. Gemma Galgani (1878-1903) Intensywne przeżycia religijne nacechowane poczuciem bliskości świata nadprzyrodzonego budzą nieufność czy wręcz podejrzenia, dotyczące stanu umysłu kogoś, kto twierdzi, ze prowadzi długie rozmowy z Jezusem lub cierpi z powodu brutalnych i bezpośrednich ataków mocy nieczystych. Jeśli tego typu historie opowiada schorowana pannica bez rodziców, to naszej nieufności może towarzyszyć współczucie, ale to jeszcze nie powód, żeby całą sprawę jej nadnaturalnych doświadczeń traktować serio. Dlatego właśnie osobę Gemmy Galgani otaczała atmosfera niedowierzania, drwiny. Wyobcowana przez sieroctwo, nieuleczalną chorobę (gruźlica kręgosłupa) i pobożność (dla jednych intensywną, dla drugich przesadną) ta urodzona w 1878 r. dziewczyna stała się jedą z najpopularniejszych świętych XX w. Jest to fenomen trudny do wyjaśnienia, gdyż jej osoba i biografia pasowałyby raczej do Złotej Legendy biskupa de Voraggine, niż do histrii Kościoła minionego stulecia. Jest uznaną przez Kościół mistyczką, której doświadczenia duchowe zmuszają do pewnego dystansu do obiegowych przekonań, także teologicznych. Jej wiara była prosta i dziecięca. Jej cierpienie trudne do wyobrażenia. Jest samotność wobec nieba i piekła przejmuje grozą. Jak jej kierownik duchowy, o. German Ruoppolo, Pasjonista, miał rozeznać niezwykłość i prawdziwość jej religijnego doświadczenia? Wymagało to niezwykłej wiary i niezwykłego rozsądku od tego zakonnika. Wiele w jej opowieściach mogło wskazywać na histerię. Kierownik duchowy miał wiele problemów. Jedno wszak było dla niego pewne: Gemma była blisko Jezusa, a Jezus był blisko Gemmy. To było widać w jej postawie. Chorobą, która znajduje się u źródła wszystkich chorób ludzkiego ducha, jest egoizm. Natomiast Gemma kochała. Odpychana, niezrozumiała dla otoczenia, nie przestawała kochać Boga i bliźnich. Nie sposób udawać miłości, zwłaszcza wtedy, gdy się cierpi. To było najbardziej przekonywujący argument na rzecz prawdziwości tego co przezywała i o czym mówiła. Sprawa szczególnie znaną i dyskutowaną były stygmaty Gemmy. Przeżywała jednak mękę Chrystusa na wiele sposobów. Nękały ją bóle, których źródło pozostawało zrozumiałe tylko dla niej. Czas i inne okoliczności tych cierpień świadczyły o tym, że inspiracją tych przeżyć był żywy związek z jej ukochanym Jezusem. Gorączka, w której żyła, pozostawała niezrozumiała dla ludzi żyjacych powszednimi sprawami. Jej życie skupione było na tym, co normalnie stanowi oprawę "normalnego" życia. To było chyba najważniejsze wyzwanie, jakie Gemma rzuciła naszemu stuleciu: czy zycie oparte w całości na miłości do Jezusa jest normalne? Czy cierpienie jest jedyną drogą, żeby się takiego zycia nauczyć? Nasze wielkopostne spotkania skupione na tematyce cierpienia osnute wokół biografi ludzi, którzy zrealizowali swe życiowe powołanie pomimo cierpienia, a czasem przez cierpienie, niech pomogą nam wykorzystywać w duchu wiary trudne doświadczenia dnia codziennego.
Katolicyzm w Bułgarii to zjawisko bardzo szczególne. Pamiętać należy, że jest to obszar, na którym przez stulecia dominujący islam reprezentowany przez władzę turecką ścierał się z ludowym prawosławiem tego narodu ochrzczonego już w 866 r. Katolicy byli więc w Bułgarii elementem obcym, grupą mniejszościową. Przodkowie bułgarskich katolików pochodzili głównie z Saksonii i zamieszkali w miejscowościach o charakterze górniczym, co ilustruje dobrze charakter tego osadnictwa. Opiekujący się saksońskimi emigrantami franciszkanie z Bośni nawrócili paulicjan, sektę o pochodzeniu manichejskim. W ten sposób zaczęła się historia rdzennego bułgarskiego katolicyzmu. Kościół ten notorycznie cierpiał na brak duchownych. Dlatego opiekowała się nim (podobnie jak Kościołami misyjnymi) Kongragacja ds. Propagandy Wiary. W1781 wystąpiła ona do Zgromadzenia Pasjonistów z prośbą o personalne wsparcie "misji bułgarskiej". Prośba ta musiała być przyjęta, bowiem w swej regule Pasjoniści mieli zobowiązanie, by zawsze wspierać działania tej dykasterii rzymskiej. Pracowali tam zakonnicy z Włoch, Francji i Holandii. Trudno było jednak o powołania miejscowe. Wielką nadzieją pasjonistów był więc Eugeniusz Bosiłkow, ur. w 1900, w Belene nad Dunajem. Pochodził z rodziny katolickiej i nauka w szkole prowadzonej przez zakonników. Był to chłopak obiecujący, ponieważ cechowała go duża bystrość umysłu. Stwarzał pewne problemy wychowawcze, bo był uparty i czasem dawał się ponieść ambicji, ale traktowano go z cierpliwością i kształcono starannie (w Holandii, a potem w Rzymie). Wydawało się, ze znający języki, młody światowiec w zakonnym habicie zerwie kontakt ze środowiskiem, z którego wyszedł. Tak się jednak nie stało. Historyczne studia w Rzymie posłużyły mu do lepszego poznania dziejów swej ojczyzny. Jego życiową pasją stało się budowanie jedności bułgarskich chrześcijan. Po powrocie ze studiów pełnił funkcję sekretarza biskupa, proboszcza, a od 1947 biskupa Nikopoli. Objął kierowanie diecezją w chwili bardzo trudnej. Powojenne, komunistyczne władze prowadziły intensywną walkę z Kościołem Katolickim. Jednym z głównych argumentów strony rządowej była obcość tego wyznania w Bułgarii. Rodowity Bułgar na stolicy biskupiej był żywym zaprzeczeniem tej argumentacji. Trzeba go było usunąć. Gdy pętla wokół niego zaczynała zaciskać się coraz mocniej, niespodziewanie uzyskał zezwolenie władz na wyjazd zagranicę (lipiec 1948). Chodziło u urzędową wizytę ad limina w Rzymie. Wszyscy pewnie liczyli na to, że zachowa się jak każdy normalny człowiek na jego miejscu: wypuszczony z klatki, która nie jest bynajmniej bezpieczna, skorzysta, by pozostać na zachodzie. W notatce urzędowej z rozmowy z nim o. Malcolm della Valle C.P. zapisał wtedy: "Mons. Bosiłkow został ostrzeżony, by nie wracać do swego kraju, zważywszy na zagrożenie jego wolności, a nawet życia. Przemyślawszy to jednak głęboko, stwierdził, ze Duch wzywa go do jego obowiązków". Przyjął jako hasło swego biskupiego posługiwania słowa Iustitia et caritate (Sprawiedliwością i miłością). Trudno było takimi metodami wygrać śmiertelną, długo trwającą walkę z aparatem bezpieczeństwa. Jednak biskup Bosiłkow nie zdradził swych ideałów. Nawet wtedy, gdy postawiono go przed sądem w sfingowanym procesie, jako szpiega Watykanu, bronił się z godnością, ale nie atakował nikogo. Odmówiono mu wszelkich praw. Jego skazanie uznano po upadku komunizmu za mord sądowy. Czy obowiązkiem Bosiłkowa było umrzeć? Czy nie mógł oddać lepszej przysługi ojczyźnie i Kościołowi? Na szczęście nie stawiał sobie takich pytań. Trwał tam, gdzie postawiła go Opatrzność. I został do końca.
Urodził się w Mławie na Mazowszu jako szóste z sicdmiorga dzieci Tadeusza Kryszkiewicza i Apolonii z Gołębiewskich. Wychowywała je sama matka, gdyż ojciec został zesłany na Sybir. Powrócił, gdy Zygmunt miał już sześć lat.
Później Zygmunt wspominał z uśmiechem tamte dziecięce lata, jak to na przykład pomalował Żydowi kozę na różne kolory i tak zmienioną przywiązał do płotu. Sąsiad nie mógł rozpoznać swej własności i trzeba było ingerencji starszych, aby sprawę ugodowo załatwić. Pod jego "nadzorem" mleko na kuchni przeważnie wykipiało, a kopnięta piłka rzadko chybiła: leciały szyby w domu i u sąsiadów. Nie lepiej było z nauką. W szkole długo przed dzwonkiem miał spakowane książki i wiercąc się czekał na koniec lekcji. Ukończywszy dziesięć lat zaczął - według praw ówczesnego szkolnictwa - chodzić do gimnazjum. Przedtem pobierał prywatne lekcje w domu i wiele wybryków uszło mu płazem. Teraz nie umiał się poddać szkolnemu rygorowi i w trzeciej klasie trzy dwóje z polskiego, matematyki i geografii - skazały go na repetowanie.
W szkole klasztornej
Wówczas matka postanowiła go oddać w stanowcze, męskie ręce ojców Pasjonistów w Przasnyszu, którzy tam prowadzili gimnazjum zakonne z internatem. Mimo dwój przyjęli Zygmunta do czwartej klasy, pomagając mu nadrobić braki w nauce. Dla rodziny sprawa wyglądała prosto: Zygmunt pod opieką Pasjonistów skończy szkołę i wróci do domu, gdzie poprowadzi wraz z ojcem Zakłady Mechaniczne. Z Przasnysza chłopiec pisał pogodne listy, w których z całą szczerością trzynastolatka odmalowywał swoje nowe uczucia. Przede wszystkim dziwił się, że nic tęskni za domem, zwłaszcza za najmłodszym bratem Jaśkiem, z którym nigdy nie mógł się rozstać. Dziwił się także, że bez trudu wstawał o godzinie piątej, podczas gdy w domu mama nie mogła go dobudzić o siódmej. Był mini-stistrantem i często zaspany wbiegał do kościoła w ostatniej chwili, po czym plątał niemiłosiernie długą łacińską ministranturę. Nie wdrożony w domu do posłuszeństwa, w internacie musiał nadrabiać braki. Pisał:
" Tu w klasztorze jest zupełnie inne życie niż tam u nas tu trzeba słuchać najgorzej mi jest posłuchać jak Ojciec Pius każe iść urwać pięć gruszek pamiętam to tylko raz posłuchałem, a lak to zawsze więcej zjadałem. Dobrze mi się tu powodzi, życie dobre, czas prędko leci, dużo gramy w piłkę, jednym słowem cieszę się, że tu przyjechałem..."
Oto cały Zygmuś: z wadami, z błędami, w tasiemcowym zdaniu, w którym zawarł wszystko, co istotne. Przyznając się do łakomstwa, przyznawał się jednocześnie do swojej słabości i do walki z nią. Doskwierał mu internatowy rygor, posłuszeństwo wychowawcom, brak ulubionych rzeczy, o które prosił matkę, by mu je przysłała. Widać jednak, że wszystko co przeżywał, stanowiło jego małe, ale całkowite szczęście, bo list kończy spoglądając w daleką przyszłość: "Nie wiem jak będzie dalej oby dał Pan Bóg abym tu został na zawsze".
Został. Mając trzynaście lat przywdział mundurek seminarzysty (rodzaj habitu), o czym pisze rodzicom w liście na Boże Narodzenie. Jest spokojny i pewny swojej decyzji. Przypomina matce jej własne słowa powątpiewania o wytrwałości takiego urwisa. Wspomniał je w chwili "obłóczyn", a nie mogąc inaczej wyrazić wdzięczności Bogu, ze wzruszenia ucałował swój "habit".
Podjął decyzję
W życiu Zygmunta zaczął się nowy rozdział. Nie, żeby został od razu uleczony ze swych wad i chłopięcych wybryków, ale że wszystkie czternastoletnie siły musiał teraz skupić na obronie swej decyzji ukończenia niższego seminarium i ewentualnego wstąpienia do zakonu. Wywołał tym w domu "stan wojenny". Ojciec chciał go natychmiast zabrać ze szkoły, mimo że w nauce zaczął osiągać sukcesy. Widocznie odpowiedzialność za podjęte postanowienia rozbudziła w chłopcu poczucie odpowiedzialności za wiele innych spraw, których sobie dotychczas zupełnie nie uświadamiał. Do ojca pisze:
" Więc koniecznie chcesz, kochany Ojcze, abym wrócił do domu? Czy na tak złej drodze jestem, że mam się cofnąć? Przecież wszyscy są w świecie i to tam, gdzie każdy najbardziej pragnie, a mnie nie pozwalasz pozostać tu, gdzie sobie najwięcej upodobałem i gdzie całym sercem pozostać pragnę?"
Zygmunt ma tu na myśli swoje starsze rodzeństwo, które według własnej woli ułożyło sobie życie, często wbrew życzeniom ojca daremnie czekającego, by któreś z jego dzieci objęło wraz z nim Zakłady Mechaniczne. Apologię swego powołania kończy słowami podzięki pod adresem matki, która jedna go rozumiała i stanęła w jego obronie. Jemu wszak zadawały ból jedynie listy zrozpaczonej rodziny, natomiast matka przeżywała udrękę od świtu do nocy wysłuchując wymówki za umieszczenie go w Przasnyszu. Pisze więc Zygmunt zdecydowanie:
"Powtórnie i stanowczo wyjaśniam Ci, Ojcze, własną wolę: chcę tu na zawsze pozostać. Pozostaję tu od nikogo nie zmuszony, sam, z własnej woli. Mamusia nie narzucała mi swojej woli, lecz wskazała mi drogę, w którą ja dobrowolnie wszedłem, a za to będę jej zawsze wdzięczny. Proszę Cię więc, Ojcze, byś mi nie bronił iść za moim powołaniem".
Po zmaganiu się z ojcem nadeszła pora jeszcze boleśniejszego zmagania się z sobą. Dorastał. W młodzieńczym sercu zaczęły się budzić ludzkie pragnienia, przywiązania i tęsknoty. Był przecież zwykłym alumnem, dochodzącym do ukończenia szkoły, a nie żadnym zakonnikiem: mógł więc jeszcze wybierać.
Wstąpi do zakonu
Po czterech latach spędzonych w klasztornym internacie wrócił po raz pierwszy do domu, z decyzją wstąpienia do nowicjatu ojców Pasjonistów. Zakonna uczelnia nie wcisnęła go w żaden sztywny gorset manier i pobożności. Pośród rodziny zachowywał się swobodnie, ze swadą i brawurą siedemnastolatka. Wizytom i opowiadaniom nie było końca. Ojciec uspokoił się, a Zygmunt zrozumiał, że poprzednia rozpaczliwa obrona przez ojca swoich racji - wobec perspektyw "utraty" syna i spadkobiercy majątku - wypływała również z miłości. Trzeba bowiem czasu i łaski, by przyjąć dar powołania. Z nowicjatu pisał listy pełne humoru. Żartował ze swych alumnackich doświadczeń, gdy wydawało mu się, że stał się już niemal doskonałym pasjonistą.
"Jakkolwiek od pięciu lat już zjadałem chleb klasztorny, daleki byłem jednak od poznania jego życia prawdziwie. O jakiż kontrast do życia koszarowo-miejskiego!".
Dnia 14 września 1933 roku otrzymał wraz z habitem zakonnym nowe imię, które sobie wybrał: brat Bernard od Matki Pięknej Miłości. Rodzina nie od razu przyzwyczaiła się do nazywania go bratem Bernardem. Pisał więc do kuzynki:
"Maryśka! Z Twej przyczyny małe powstało nieporozumienie: szukano "Zygmunta", szukano "Kryszkiewicza". Ani jednego, ani drugiego nigdzie!!! Rozumiesz? Taki jegomość zaginął. Zmiana imienia jest obrazem zmiany, odrodzenia się człowieka ku temu, co doskonalsze, wyższe, świętsze. Czyż mogłabyś chcieć, aby ten zwrot był tylko połowiczny? A tak należy wnioskować z owego "Zygmunta".
Kapłaństwo
Gdy miał dziewiętnaście lat, złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne, które kontynuował w Rzymie. Tam też (przed ich ukończeniem) otrzymał święcenia kapłańskie 4 lipca 1938 r. Nie mogąc powstrzymać radości pisał listy, mające charakter modlitwy:
"Z sercem pełnym wdzięczności zwracam się najpierw do dobrego Boga, gdyż Jego to dobroci zawdzięczam tę łaskę nieporównywalną. Potem do Jego i mojej Matki Niepokalanej. O, jakie ma Ona serce dla mnie, ta Matka Pięknej Miłości! Jakże wyraźnie czułem przy sobie Jej obecność podczas święceń i podczas prymicji. (...) Każdego dnia do dalekiej Polski pod dach rodzinny i krewnych posyłam moje kapłańskie błogosławieństwo (około 8.40 wieczorem).
Ojciec Bernard ukochał Chrystusa i chciał się dla Niego wypalić w swym kapłańskim posługiwaniu. Uporczywe bóle głowy skłoniły przełożonych do odesłania go do Polski. Wrócił w grudniu 1938 roku, a w lutym 1939 r. objął swoją pierwszą placówkę duszpasterską w Rawie Mazowieckiej, diecezji warszawskiej. Kilka miesięcy później został przeniesiony do Przasnysza z nominacją na zastępcę dyrektora kleryków. Miał zaledwie 24 lata.
W Rawie Mazowieckiej
W 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Po ewakuacji klasztoru w Przasnyszu wrócił do Rawy Mazowieckiej. Był to czas nasilenia niemieckich łapanek i wywozów na przymusowe roboty do Niemiec, czas aresztowań i rozstrzeliwań; ludzie garnęli się do młodego, gorliwego kapłana szukając w nim ostoi na przetrwanie tragicznych chwil. Ojciec Bernard powielał więc modlitwy do św. Józefa, Opiekuna w sytuacjach bez wyjścia, poddawał udręczonym akty ufności i zawierzenia Bogu i Matce Pocieszenia, czczonej w rawskim kościele Pasjonistów. Rozpowszechniał swoje Dialogi z Ukrzyżowanym. Chciał służyć tym najbiedniejszym i najnieszczęśliwszym, którzy się tłumnie do niego zwracali. Rozumiał, że kapłan winien być -jak jego Mistrz - hostią. W tym czasie został dyrektorem, czyli bezpośrednim przełożonym, wychowawcą i ojcem duchownym kleryków-pasjonistów. Pomiędzy nim a wychowankami była niewielka różnica wieku, on sam był kapłanem zaledwie od dwóch lat. Dziś dużo się mówi i pisze o jego programie wychowawczym, który sobie nakreślił na kartach swego Pedagogicum. Jest ono świadectwem jego wielkiej dojrzałości duchowej i żarliwej troski, by powierzoną sobie młodzież (także świecką) wychować do świętości, w myśl wskazań i reguł zakono-dawcy. Szczery jak zawsze, zapisywał w swym notatniku własne metody, błędy i porażki, siebie korygując, a za wychowanków się modląc, aby ich mógł lepiej zrozumieć i prowadzić, jak chce Bóg. Choć bóle głowy się wzmagały, głosił kazania. Jego słowa działały cudowną mocą Bożej łaski, a nikt się nie domyślał, że z zawrotem głowy wchodził na ambonę. Cofanie się wojsk niemieckich w 1945 r. zamieniało Rawę w gruzy, gdyż uciekających okupantów bombardowały radzieckie samoloty. Kościół i klasztor ojców Pasjonistów ocalał, więc ludzie szukali schronienia w jego podziemiach. Ojciec Bernard nie korzystał ze schronu, lecz wyszedł na ulice i pola: umierających rozgrzeszał, rannych zanosił do klasztoru, gdzie cały parter zamieniono na szpital. Od stycznia do marca 1945 r. był w tym szpitalu kapelanem, pielęgniarzem i kucharzem.
W objęciach Chrystusa
Wysłany pieszo (środków lokomocji nie było) do Przasnysza doszedł po kilku dniach do klasztoru ojców Pasjonistów by wznowić życie zakonne i duszpasterstwo. Okupant zdewastował wszystko: kościół zamieniono na magazyn zbożowy, klasztor na koszary, żyjących tam zakonników wywieziono do obozu w Działdowie i zamordowano. Ojciec Bernard zapracowany i wyczerpany często drżał z zimna i głodu, gdyż ostatnią kromkę chleba dawał innym. W mieście z powodu głodu i robactwa panował tyfus. Doniesiono mu o umierającej kobiecie. Ojciec Bernard ją wyspowiadał i przewiózł do szpitala, gdzie wkrótce zmarła. Prawdopodobnie wówczas sam nabawił się tyfusu i znalazł się w szpitalu. Jego młody organizm zaciekle zmagał się z chorobą. Zebrani przy konającym zakonnicy, personel szpitalny i ktokolwiek mógł się bliżej docisnąć byli świadkami jak odchodził pogodny i wdzięczny Bogu za trzydzieści lat danego mu życia, za powołanie i łaskę kapłaństwa. Słyszano jak się modlił: "Panie Jezu, nie lękam się śmierci, lecz pragnę jak najszybciej spocząć w Twych objęciach". Przywarł ustami do podanego mu krzyżyka, szepcząc: "Jezu, kocham Cię". Była pierwsza sobota miesiąca, 7 lipca 1945 roku.