o. Bernard Kryszkiewicz

Sługa Boży o. Bernard Kryszkiewicz

Urodził się w Mławie na Mazowszu jako szóste z sicdmiorga dzieci Tadeusza Kryszkiewicza i Apolonii z Gołębiewskich. Wychowywała je sama matka, gdyż ojciec został zesłany na Sybir. Powrócił, gdy Zygmunt miał już sześć lat.
Później Zygmunt wspominał z uśmiechem tamte dziecięce lata, jak to na przykład pomalował Żydowi kozę na różne kolory i tak zmienioną przywiązał do płotu. Sąsiad nie mógł rozpoznać swej własności i trzeba było ingerencji starszych, aby sprawę ugodowo załatwić. Pod jego "nadzorem" mleko na kuchni przeważnie wykipiało, a kopnięta piłka rzadko chybiła: leciały szyby w domu i u sąsiadów. Nie lepiej było z nauką. W szkole długo przed dzwonkiem miał spakowane książki i wiercąc się czekał na koniec lekcji. Ukończywszy dziesięć lat zaczął - według praw ówczesnego szkolnictwa - chodzić do gimnazjum. Przedtem pobierał prywatne lekcje w domu i wiele wybryków uszło mu płazem. Teraz nie umiał się poddać szkolnemu rygorowi i w trzeciej klasie trzy dwóje z polskiego, matematyki i geografii - skazały go na repetowanie.

W szkole klasztornej

Wówczas matka postanowiła go oddać w stanowcze, męskie ręce ojców Pasjonistów w Przasnyszu, którzy tam prowadzili gimnazjum zakonne z internatem. Mimo dwój przyjęli Zygmunta do czwartej klasy, pomagając mu nadrobić braki w nauce. Dla rodziny sprawa wyglądała prosto: Zygmunt pod opieką Pasjonistów skończy szkołę i wróci do domu, gdzie poprowadzi wraz z ojcem Zakłady Mechaniczne. Z Przasnysza chłopiec pisał pogodne listy, w których z całą szczerością trzynastolatka odmalowywał swoje nowe uczucia. Przede wszystkim dziwił się, że nic tęskni za domem, zwłaszcza za najmłodszym bratem Jaśkiem, z którym nigdy nie mógł się rozstać. Dziwił się także, że bez trudu wstawał o godzinie piątej, podczas gdy w domu mama nie mogła go dobudzić o siódmej. Był mini-stistrantem i często zaspany wbiegał do kościoła w ostatniej chwili, po czym plątał niemiłosiernie długą łacińską ministranturę. Nie wdrożony w domu do posłuszeństwa, w internacie musiał nadrabiać braki. Pisał:
" Tu w klasztorze jest zupełnie inne życie niż tam u nas tu trzeba słuchać najgorzej mi jest posłuchać jak Ojciec Pius każe iść urwać pięć gruszek pamiętam to tylko raz posłuchałem, a lak to zawsze więcej zjadałem. Dobrze mi się tu powodzi, życie dobre, czas prędko leci, dużo gramy w piłkę, jednym słowem cieszę się, że tu przyjechałem..."
Oto cały Zygmuś: z wadami, z błędami, w tasiemcowym zdaniu, w którym zawarł wszystko, co istotne. Przyznając się do łakomstwa, przyznawał się jednocześnie do swojej słabości i do walki z nią. Doskwierał mu internatowy rygor, posłuszeństwo wychowawcom, brak ulubionych rzeczy, o które prosił matkę, by mu je przysłała. Widać jednak, że wszystko co przeżywał, stanowiło jego małe, ale całkowite szczęście, bo list kończy spoglądając w daleką przyszłość:
"Nie wiem jak będzie dalej oby dał Pan Bóg abym tu został na zawsze".
Został. Mając trzynaście lat przywdział mundurek seminarzysty (rodzaj habitu), o czym pisze rodzicom w liście na Boże Narodzenie. Jest spokojny i pewny swojej decyzji. Przypomina matce jej własne słowa powątpiewania o wytrwałości takiego urwisa. Wspomniał je w chwili "obłóczyn", a nie mogąc inaczej wyrazić wdzięczności Bogu, ze wzruszenia ucałował swój "habit".

Podjął decyzję

W życiu Zygmunta zaczął się nowy rozdział. Nie, żeby został od razu uleczony ze swych wad i chłopięcych wybryków, ale że wszystkie czternastoletnie siły musiał teraz skupić na obronie swej decyzji ukończenia niższego seminarium i ewentualnego wstąpienia do zakonu. Wywołał tym w domu "stan wojenny". Ojciec chciał go natychmiast zabrać ze szkoły, mimo że w nauce zaczął osiągać sukcesy. Widocznie odpowiedzialność za podjęte postanowienia rozbudziła w chłopcu poczucie odpowiedzialności za wiele innych spraw, których sobie dotychczas zupełnie nie uświadamiał. Do ojca pisze:
" Więc koniecznie chcesz, kochany Ojcze, abym wrócił do domu? Czy na tak złej drodze jestem, że mam się cofnąć? Przecież wszyscy są w świecie i to tam, gdzie każdy najbardziej pragnie, a mnie nie pozwalasz pozostać tu, gdzie sobie najwięcej upodobałem i gdzie całym sercem pozostać pragnę?"
Zygmunt ma tu na myśli swoje starsze rodzeństwo, które według własnej woli ułożyło sobie życie, często wbrew życzeniom ojca daremnie czekającego, by któreś z jego dzieci objęło wraz z nim Zakłady Mechaniczne. Apologię swego powołania kończy słowami podzięki pod adresem matki, która jedna go rozumiała i stanęła w jego obronie. Jemu wszak zadawały ból jedynie listy zrozpaczonej rodziny, natomiast matka przeżywała udrękę od świtu do nocy wysłuchując wymówki za umieszczenie go w Przasnyszu. Pisze więc Zygmunt zdecydowanie:
"Powtórnie i stanowczo wyjaśniam Ci, Ojcze, własną wolę: chcę tu na zawsze pozostać. Pozostaję tu od nikogo nie zmuszony, sam, z własnej woli. Mamusia nie narzucała mi swojej woli, lecz wskazała mi drogę, w którą ja dobrowolnie wszedłem, a za to będę jej zawsze wdzięczny. Proszę Cię więc, Ojcze, byś mi nie bronił iść za moim powołaniem".
Po zmaganiu się z ojcem nadeszła pora jeszcze boleśniejszego zmagania się z sobą. Dorastał. W młodzieńczym sercu zaczęły się budzić ludzkie pragnienia, przywiązania i tęsknoty. Był przecież zwykłym alumnem, dochodzącym do ukończenia szkoły, a nie żadnym zakonnikiem: mógł więc jeszcze wybierać.

Wstąpi do zakonu

Po czterech latach spędzonych w klasztornym internacie wrócił po raz pierwszy do domu, z decyzją wstąpienia do nowicjatu ojców Pasjonistów. Zakonna uczelnia nie wcisnęła go w żaden sztywny gorset manier i pobożności. Pośród rodziny zachowywał się swobodnie, ze swadą i brawurą siedemnastolatka. Wizytom i opowiadaniom nie było końca. Ojciec uspokoił się, a Zygmunt zrozumiał, że poprzednia rozpaczliwa obrona przez ojca swoich racji - wobec perspektyw "utraty" syna i spadkobiercy majątku - wypływała również z miłości. Trzeba bowiem czasu i łaski, by przyjąć dar powołania. Z nowicjatu pisał listy pełne humoru. Żartował ze swych alumnackich doświadczeń, gdy wydawało mu się, że stał się już niemal doskonałym pasjonistą.
"Jakkolwiek od pięciu lat już zjadałem chleb klasztorny, daleki byłem jednak od poznania jego życia prawdziwie. O jakiż kontrast do życia koszarowo-miejskiego!".
Dnia 14 września 1933 roku otrzymał wraz z habitem zakonnym nowe imię, które sobie wybrał: brat Bernard od Matki Pięknej Miłości. Rodzina nie od razu przyzwyczaiła się do nazywania go bratem Bernardem. Pisał więc do kuzynki:
"Maryśka! Z Twej przyczyny małe powstało nieporozumienie: szukano "Zygmunta", szukano "Kryszkiewicza". Ani jednego, ani drugiego nigdzie!!! Rozumiesz? Taki jegomość zaginął. Zmiana imienia jest obrazem zmiany, odrodzenia się człowieka ku temu, co doskonalsze, wyższe, świętsze. Czyż mogłabyś chcieć, aby ten zwrot był tylko połowiczny? A tak należy wnioskować z owego "Zygmunta".

Kapłaństwo

Gdy miał dziewiętnaście lat, złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne, które kontynuował w Rzymie. Tam też (przed ich ukończeniem) otrzymał święcenia kapłańskie 4 lipca 1938 r. Nie mogąc powstrzymać radości pisał listy, mające charakter modlitwy:
"Z sercem pełnym wdzięczności zwracam się najpierw do dobrego Boga, gdyż Jego to dobroci zawdzięczam tę łaskę nieporównywalną. Potem do Jego i mojej Matki Niepokalanej. O, jakie ma Ona serce dla mnie, ta Matka Pięknej Miłości! Jakże wyraźnie czułem przy sobie Jej obecność podczas święceń i podczas prymicji. (...) Każdego dnia do dalekiej Polski pod dach rodzinny i krewnych posyłam moje kapłańskie błogosławieństwo (około 8.40 wieczorem).
Ojciec Bernard ukochał Chrystusa i chciał się dla Niego wypalić w swym kapłańskim posługiwaniu. Uporczywe bóle głowy skłoniły przełożonych do odesłania go do Polski. Wrócił w grudniu 1938 roku, a w lutym 1939 r. objął swoją pierwszą placówkę duszpasterską w Rawie Mazowieckiej, diecezji warszawskiej. Kilka miesięcy później został przeniesiony do Przasnysza z nominacją na zastępcę dyrektora kleryków. Miał zaledwie 24 lata.

W Rawie Mazowieckiej

W 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Po ewakuacji klasztoru w Przasnyszu wrócił do Rawy Mazowieckiej. Był to czas nasilenia niemieckich łapanek i wywozów na przymusowe roboty do Niemiec, czas aresztowań i rozstrzeliwań; ludzie garnęli się do młodego, gorliwego kapłana szukając w nim ostoi na przetrwanie tragicznych chwil. Ojciec Bernard powielał więc modlitwy do św. Józefa, Opiekuna w sytuacjach bez wyjścia, poddawał udręczonym akty ufności i zawierzenia Bogu i Matce Pocieszenia, czczonej w rawskim kościele Pasjonistów. Rozpowszechniał swoje Dialogi z Ukrzyżowanym. Chciał służyć tym najbiedniejszym i najnieszczęśliwszym, którzy się tłumnie do niego zwracali. Rozumiał, że kapłan winien być -jak jego Mistrz - hostią. W tym czasie został dyrektorem, czyli bezpośrednim przełożonym, wychowawcą i ojcem duchownym kleryków-pasjonistów. Pomiędzy nim a wychowankami była niewielka różnica wieku, on sam był kapłanem zaledwie od dwóch lat. Dziś dużo się mówi i pisze o jego programie wychowawczym, który sobie nakreślił na kartach swego Pedagogicum. Jest ono świadectwem jego wielkiej dojrzałości duchowej i żarliwej troski, by powierzoną sobie młodzież (także świecką) wychować do świętości, w myśl wskazań i reguł zakono-dawcy. Szczery jak zawsze, zapisywał w swym notatniku własne metody, błędy i porażki, siebie korygując, a za wychowanków się modląc, aby ich mógł lepiej zrozumieć i prowadzić, jak chce Bóg. Choć bóle głowy się wzmagały, głosił kazania. Jego słowa działały cudowną mocą Bożej łaski, a nikt się nie domyślał, że z zawrotem głowy wchodził na ambonę. Cofanie się wojsk niemieckich w 1945 r. zamieniało Rawę w gruzy, gdyż uciekających okupantów bombardowały radzieckie samoloty. Kościół i klasztor ojców Pasjonistów ocalał, więc ludzie szukali schronienia w jego podziemiach. Ojciec Bernard nie korzystał ze schronu, lecz wyszedł na ulice i pola: umierających rozgrzeszał, rannych zanosił do klasztoru, gdzie cały parter zamieniono na szpital. Od stycznia do marca 1945 r. był w tym szpitalu kapelanem, pielęgniarzem i kucharzem.

W objęciach Chrystusa

Wysłany pieszo (środków lokomocji nie było) do Przasnysza doszedł po kilku dniach do klasztoru ojców Pasjonistów by wznowić życie zakonne i duszpasterstwo. Okupant zdewastował wszystko: kościół zamieniono na magazyn zbożowy, klasztor na koszary, żyjących tam zakonników wywieziono do obozu w Działdowie i zamordowano. Ojciec Bernard zapracowany i wyczerpany często drżał z zimna i głodu, gdyż ostatnią kromkę chleba dawał innym. W mieście z powodu głodu i robactwa panował tyfus. Doniesiono mu o umierającej kobiecie. Ojciec Bernard ją wyspowiadał i przewiózł do szpitala, gdzie wkrótce zmarła. Prawdopodobnie wówczas sam nabawił się tyfusu i znalazł się w szpitalu. Jego młody organizm zaciekle zmagał się z chorobą. Zebrani przy konającym zakonnicy, personel szpitalny i ktokolwiek mógł się bliżej docisnąć byli świadkami jak odchodził pogodny i wdzięczny Bogu za trzydzieści lat danego mu życia, za powołanie i łaskę kapłaństwa. Słyszano jak się modlił: "Panie Jezu, nie lękam się śmierci, lecz pragnę jak najszybciej spocząć w Twych objęciach". Przywarł ustami do podanego mu krzyżyka, szepcząc: "Jezu, kocham Cię". Była pierwsza sobota miesiąca, 7 lipca 1945 roku.

s. J. I. Adamska OCD



Mapa strony | Autor strony | Š2005 Łukasz Andrzejewski